“Witamy z powrotem, bracie” – wielokrotne pushbacki Khalida
-
Rodzaj zdarzenia:
Pushback z Polski do Białorusi
- Całkowita liczba pushbaków: 20
- Data: 03.2025
- Lokalizacja: okolice Brześcia
- Liczba osób: 2
- Kraje pochodzenia: Belarus / Rosja
- Prośba o azyl: TAK
- Przewiezienie na placówkę SG: TAK
-
23-letni Khalid z Kurdystanu prowadził w kraju pochodzenia własną działalność. Ze względu na panującą w regionie korupcję oraz zależności pomiędzy mafią, milicją, a lokalnymi politykami, był zastraszany i szantażowany. Jak wspomina, utrudniało mu to życie, ponieważ musiał oddawać dużą część zarobionych pieniędzy szantażystom. Co najmniej raz trafił do aresztu na okres dwóch miesięcy. Ostatecznie w obawie o swoje życie zdecydował się opuścić kraj.
24 września 2024 rozpoczął podróż do Polski. W momencie udzielania wywiadu relacjonuje, że w ciągu pięciu miesięcy prób przekroczenia granicy polsko-białoruskiej doświadczył w sumie około 20 pushbacków. W rozmowie opisuje przede wszystkim ostatni z nich.
Khalid wspomina, że jego grupa poruszała się z osobą, którą nazwał “przewodnikiem” [ang. “leader”], w związku z czym przez część pobytu na pograniczu nie wiedzieli dokładnie, gdzie się znajdują ani dokąd idą – polegali na przewodniku. Wszystkim bez wyjątku wielokrotnie udało się przedostać przez białoruskie zasieki do muharramy. Khalid podkreśla, że większą trudność sprawiała im polska zapora graniczna. Próbowali przekraczać granicę w wielu lokalizacjach.Mieliśmy trudności z przekroczeniem polskiej granicy ze względu na płot. Ciężko było się wspinać i przez większość czasu dwóch z nas się wspinało, a policja była tuż za nami i próbowała nas złapać. Czasami cała nasza grupa zdołała się wspiąć i próbowała przejść, ale znów nas łapali.
Przekraczaliśmy [granicę] nie tylko w jednym miejscu: wyruszaliśmy z Mińska, wyruszaliśmy z domu w pobliżu granicy, wyruszaliśmy z Brześcia.Khalid podróżował w grupie około 20 osób: osiem pochodziło z Afganistanu, cztery z Iraku, a osiem z Iranu. Było wśród nich kurdyjskie małżeństwo z trzyletnim chłopcem oraz nastolatek z Iranu, który podróżował bez opieki. W grupie były łącznie trzy kobiety. Dodatkowo, jeden z mężczyzn z Afganistanu został opisany przez Khalida jako osoba z niepełnosprawnością. W wyniku operacji miał metalowy element w nodze, przez co nie poruszał się w pełni sprawnie:
Gdy próbowali przekroczyć granicę, zazwyczaj nie udawało im się przez niego. […] Był powolny, nie mógł sprawnie chodzić ani biegać.
Khalid relacjonuje, jak zazwyczaj w jego przypadku wyglądało przekraczanie granicy: pokonanie pierwszej zapory zajmowału mu około 2–3 godzin, a następnie po maksymalnie trzech minutach na miejsce przyjeżdżała policja:
Ostatnią zaporę, którą przekraczamy, nazywamy murem. Przejście przez niego zajmuje nam od 2 do 3 godzin, żeby przeciąć ogrodzenie lub uszkodzić mur. Kiedy go przekroczymy, policji zajmuje 3 minuty, żeby przyjechać na miejsce lub nas złapać. Maksymalnie 3 minuty. Inaczej nie jesteś w stanie przejść.
Khalid opisuje także zachowanie polskich strażników granicznych przy poprzednich przejściach:
Czasami wiedzą, że przekraczasz granicę, ale pozwalają ci wejść, żeby cię zmęczyć. Pozwalają nam wejść na terytorium Polski tylko po to, żeby użyć przeciwko nam gazu pieprzowego. Żeby zabrać nam telefony, zniszczyć je, zabrać ubrania, portfele, nasze rzeczy, buty i kurtki. A potem wypychają nas z powrotem na stronę białoruską. Czasami to po prostu kwestia szczęścia.
Khalid nie jest pewny dokładnej daty swojego ostatniego pushbacku. Przekraczanie granicy rozpoczął 27 marca 2025 roku około godziny 21–22 (dziewięć dni przed rozmową). Jego grupa rozdzieliła się wtedy na dwie mniejsze, po 10 osób w każdej. Planowali przekroczyć zaporę w dwóch lokalizacjach oddalonych od siebie o około 500 metrów, a następnie spotkać się już po polskiej stronie. Khalid i jego towarzysze przekroczyli zaporę pierwsi. Pozostałe 10 osób, wśród nich kurdyjska rodzina z trzylatkiem i przewodnik, czekali w oddaleniu.
Wkrótce po przekroczeniu zapory wszyscy zostali zatrzymani przez funkcjonariuszy. Khalid relacjonuje, że było to tuż przed świtem.Druga grupa… Przemytnik był z drugą grupą i obserwował, patrzył na nas, kiedy nas złapano. Byliśmy daleko od siebie, 500 metrów. A kiedy nas złapali, pomyślał: “są nimi zajęci, mamy szansę przejść, zróbmy to”’. Przeszli, ale też zostali złapani. Kiedy umieścili nas razem, zapytali, czy się znamy, a my odpowiedzieliśmy: „tak, znamy się, jesteśmy grupą”.
Według relacji Khalida na miejsce przyjechały dwa samochody, a w każdym z nich było 5–6 funkcjonariuszy w jasnobrązowych lub jasnozielonych mundurach. Po jakimś czasie wezwali oni ubranych na czarno funkcjonariuszy, którzy przyjechali czarnym pojazdem. Khalid rozróżnia między zachowaniem funkcjonariuszy ubranych w jasne mundury, a tych ubranych na czarno:
Oficerowie i polscy strażnicy graniczni byli w porządku, jeśli porównać ich z komandosami: tymi, którzy mieli takie czarne stroje, mundury. […] Strażnicy zrobili tylko jedną rzecz, kiedy nas zatrzymali. Było bardzo zimno i powiedzieli nam: kładź się na ziemi i ręce na głowie lub w górze”. Było nam zimno i nie byliśmy przyzwyczajeni do tego chłodu i pogody. A kiedy te inne służby, armia, przyjechały do nas, stosowały przemoc i kogo chciały pobić, to biły. […] nie bili tylko rodzin. […] Byliśmy dla nich jak ręcznik do [wycierania] rąk. […]. Bili nas, jak tylko chcieli. Nie byliśmy w stanie się bronić.
[…] oni [funkcjonariusze w czarnych strojach] są ogromni. Różnią się od innych funkcjonariuszy. Przyjeżdżają czarnym samochodem, i nie są naszego wzrostu – są fizycznie więksi od nas. Kiedy [funkcjonariusze] wskażą [na nas] i mówią im coś w stylu: “może ten facet to przemytnik, albo tamten to przemytnik”, to po prostu podnoszą cię jak szmatę – nie jesteś w stanie nic zrobić – i biją cię, robią ci krzywdę na różne sposoby, mocno cię biją.
Od tego czasu cała dwudziestoosobowa grupa przebywała razem. Khalid i jego towarzysz mówili po angielsku dość dobrze, przez co – jak relacjonuje – funkcjonariusze podejrzewali ich o bycie przemytnikami i pobili ich mocniej niż resztę. Strażnicy sprawdzali też, czy mówią po rosyjsku. Khalid nie znał rosyjskiego, ale ponieważ od prawie pół roku przebywał w Białorusi, rozumiał pytanie. Kilka razy podczas zatrzymania prosił też o ochronę międzynarodową, co jak mówi, spotkało się tylko z kpinami funkcjonariuszy.
Oczywiście, prosiliśmy ich [o ochronę] kilka razy – właściwie więcej niż kilka. Ale oni nas wyśmiewali.
Ponieważ ja i mój przyjaciel umieliśmy mówić po angielsku… Dlatego myśleli, że jesteśmy przemytnikami. I dlatego używali wobec nas więcej przemocy niż wobec innych ludzi, którzy byli z nami.
Funkcjonariusze określani przez Khalida jako “commando” do bicia używali pałek. Khalid relacjonuje, że bicie było wymierzone w taki sposób, aby nie doprowadzić do złamań, uderzając w partie ciała, które nie są podatne na uszkodzenia kości. Nie bili też rodzin. Funkcjonariusze zabrali oraz zniszczyli wszystkie telefony poza jednym – według relacji zostawili go, żeby osoby w drodze mogły skontaktować się z przewodnikiem. Zabrali też znalezione pieniądze: 100 euro od Khalida i 500 euro od Afgańczyków, Irakijczyków i Irańczyków.
Zostawiali nam tylko jeden telefon, żebyśmy mogli skontaktować się z naszym przemytnikiem i znaleźć sposób, żeby wrócić. Kradli też nasze pieniądze. Zabrali nam pieniądze, szczególnie euro. Jedyną walutą, której nam nie zabierali, był rubel, białoruski rubel. Wszystko inne, zwłaszcza euro, zabierali.
Pomimo zatrzymania w rejonie Grodna, Khalid i jego towarzysze zostali zabrani aż w okolice Brześcia. Przewożono ich w czterech samochodach należących według Khalida do “komandosów”’. Dotarli do zbiornika wodnego, który Khalid określa “jeziorami”, gdzie następnie wszyscy zostali zmuszeni do przeprawienia się na drugą stronę za pomocą pontonu w pięcio-, sześcioosobowych grupach. Khalid opisuje, że funkcjonariusze byli w stanie przyciągać ponton z powrotem do polskiego brzegu. Nie wie czy ponton należał do służb czy znalazł się tam przypadkiem.
Były cztery samochody, które zabrały nas do Brześcia, a kiedy wysiedliśmy, była tam łódź i musieliśmy przeprawić się przez jezioro łodzią. Nie wiemy, czy ta łódź została udostępniona przez polskich strażników granicznych, czy po prostu już tam była. Więc nie wiemy dokładnie jak, ale przeprawiliśmy się przez jezioro łodzią.
Ostatni raz, gdy próbowaliśmy, to było przez to jezioro, to najgłębsze. Mieliśmy łódkę, taką dmuchaną, małą. Nie było dla nas wystarczająco miejsca, dla mnie i mojego kolegi. I zdecydowaliśmy się popłynąć. Mój kolega nie umiał pływać zbyt dobrze, pomagałem mu. Gdyby mnie z nim nie było, to by utonął. Mogłem go uratować. Ryzykowaliśmy życia. Ale w końcu udało nam się przeprawić.
Opisuje też mechanizm używany przez służby do sterowania łódką:
[…] używali czegoś, żeby ciągnąć [łódkę] – kiedy się przeprawialiśmy, ściągali łódkę z powrotem. Zaciskali to czymś, nie wiem dokładnie czym. Mówili nam, że musimy się sami przeprawić przez jezioro, a oni znowu ściągną, żeby przeprawić kolejne cztery, pięć osób. Przeprawialiśmy się więc grupami, bo łódka była mała.
Khalid uważa, że pozwolono im wrócić przy pomocy łódki tylko ze względu na obecność trzyletniego dziecka w grupie.
Nie byli tak uprzejmi, żeby odsyłać nas łódką. Nie zachowywali się aż tak dobrze. Tylko dlatego, że mieliśmy ze sobą dziecko i rodzinę, zdecydowali się odesłać nas łódką. W przeciwnym razie po prostu wrzucaliby nas do wody.
Na brzegu przy pomocy jedynego telefonu, który im zostawiono, zdołali porozumieć się z osobą opisaną przez tłumacza jako “przemytnik”. Ponieważ telefon wkrótce się rozładował, Khalid nie pamięta dokładnej lokalizacji ani nazwy zbiornika wodnego. Wspomina, że padał wtedy deszcz.
W drodze powrotnej do Brześcia doszli do zasieków granicznych, gdzie zostali zauważeni przez białoruskie służby. Funkcjonariusze mieli powitać ich słowami “Welcome back, brother”. Ze strachu, że zostaną pobici, jeśli powiedzą prawdę, na pytanie o cel podróży osoby odpowiedziały, że idą do Polski. Białoruscy funkcjonariusze zareagowali przemocą, wezwali też posiłki i przez dłuższy czas znęcali się nad Khalidem i jego towarzyszami.Powiedzieli: “Witamy z powrotem, bracie”, zaczęli nas bić i wtedy zaczęło się najgorsze. W porównaniu do polskich [służb]… To była ogromna różnica, było o wiele gorzej. Używali w stosunku do nas wszystkich możliwych środków przemocy. Szczuli nas psami i wzywali też inne oddziały […]. Większość z nas traciła przytomność podczas bicia, powalali nas na ziemię, nie było jak stanąć… I wrzucali nas z powrotem do wody. Mamy różne zdjęcia od różnych grup, mogę też je przesłać. Wiemy, że podczas pushbacku zabito ludzi. Przed nami i w tamtym czasie wciąż zabijano ludzi. Nie z mojej grupy. Ale w mojej grupie traciliśmy przytomność, mdleliśmy […]. Szczuli nas psami, to była tragiczna historia, nawet sobie nie wyobrażasz.
[…]
Używali długich kijów, takich jak używa się na budowach… To była katastrofa. Uderzali nas w głowy, używali tego żeby bić nas po głowach.
Khalid opowiada też, że Afgańczycy, którzy oddzielili się od grupy wcześniej w nadziei, że przynajmniej części z nich uda się wydostać z białoruskich zabezpieczeń niezauważonymi, również zostali schwytani i pobici przez funkcjonariuszy przy użyciu narzędzia, prawdopodobnie łopaty.
Rodziny, które podróżowały z grupą, zostały według relacji Khalida rozdzielone, ale pozostały w niewielkiej odległości od siebie. Małżeństwo z dzieckiem potraktowano lepiej i nie zostali pobici przez funkcjonariuszy. Dwie kobiety podróżujące tylko z mężami doświadczyły jednak przemocy fizycznej i seksualnej. Khalid opisuje, że ponieważ kobiety nie miały dzieci, białoruscy funkcjonariusze poddawali w wątpliwość, czy są mężatkami. Chwytali je za włosy i rzucali na podłogę, a następnie bili i napastowali. Khalid wspomina, że białoruscy funkcjonariusze szydzili z kobiet pytając, czy będą z nimi uprawiać seks, a kiedy kobiety godziły się ze strachu przed pobiciem, Białorusini wyzywali je.
Jedna rodzina miała dziecko. […] Wrócili do Mińska bez pobicia. Ale były jeszcze dwie inne rodziny. Nie mieli dziecka, więc [białoruscy funkcjonariusze] nie uwierzyli, że są małżeństwem. W szczególności były to dwie kobiety i kazano im uprawiać seks, robić inne rzeczy… I znęcali się nad nimi. Kiedy się zgodziły… Bały się, że zostaną pobite. Zgodziły się ze strachu. Wołano do nich: „Jesteś dziwką. Nie jesteś jego żoną. Też cię pobijemy”. Ciągnęli je po podłodze za włosy i też je bili.
[…]
Wypychali rodziny. Zwłaszcza rodzinę, która była razem z dzieckiem. Ale były z nami [też] kobiety. I byli też ich mężowie. Rozdzielali nas. Brali kobiety do innego miejsca, niedaleko nas, i kazali im uprawiać z nimi seks. A gdy się zgadzały, to mówili: “Jesteś dziwką. Nie mówisz prawdy. Nie jesteś żoną tego mężczyzny, jesteś dziwką.” Mówili to w taki wulgarny sposób. Ciągnęli je za włosy.Khalid relacjonuje, że do przemocy wobec kobiet doszło w pobliżu obozu [ang. “close to camp”]. Mówi też, że zostały nagrane przed pobiciem i przemocą. Wspomina grupę oprawców, którą określa jako wagnerowców. Według jego relacji, to oni byli odpowiedzialni za najbardziej okrutną przemoc.
Jeśli porównać wagnerowców do białoruskich lub polskich strażników granicznych, to oni… Polscy i białoruscy strażnicy graniczni byli jak anioły w porównaniu do żołnierzy Grupy Wagnera. Ci byli wobec nas jak z piekła, jak diabły.