Szczerze prosiłem: “Zabijcie nas, pozwólcie nam umrzeć z godnością człowieka” – dwa pushbacki Tafariego
-
Rodzaj zdarzenia:
Pushback z Polski do Białorusi
- Całkowita liczba pushbacków: 5
- Tagi: mężczyźni
- Data: 06.2025
- Lokalizacja: Nieznana
- Liczba osób: 13
- Kraje pochodzenia: Etiopia
- Prośba o azyl: TAK
- Przewiezienie na placówkę SG: TAK
-
Tafari pochodzi z Etiopii, z miasteczka Lalibela w regionie Amhara. Z powodu wojny domowej wyjechał z kraju w obawie o swoje życie po tym, gdy dwóch jego braci zostało zabitych. W momencie udzielania wywiadu w lipcu 2025 przebywał w Białorusi trzy miesiące. W tym okresie doświadczył dwóch pushbacków.
Przyjechałem z powodu wojny, wojny domowej, która trwa w moim kraju […], dwóch moich braci nie żyje, wielu moich przyjaciół nie żyje. Powodem, dla którego tu jestem, jest strach o swoje życie, gwałty na kobietach i wiele innych okropnych rzeczy, które się dzieją [w Etiopii]. […] Dlatego staram się przyjechać do Polski.
Zostałem zawrócony dwa razy, ale za pierwszym razem byłem naprawdę ciężko ranny. Błagałem ich nawet, żeby mnie zabili przez ból, który czułem.
Pierwszy pushback
3 czerwca 2025 Tafari udał się z Grodna pod białoruską zaporę graniczną, gdzie został zatrzymany przez czterech białoruskich funkcjonariuszy i pobity. Podróżował wówczas w grupie 13 osób z Etiopii i Erytrei. Wśród nich było trzech nastolatków, w tym dwie niepełnoletnie osoby w wieku około 17 lat.
Najpierw poszliśmy pod granicę z Białorusią, a kiedy tam dotarliśmy, złapali nas żołnierze [białoruscy], pobili nas, byli wobec nas bardzo agresywni i bili nas, bili nas bardzo mocno. […] Było ich czterech i wydaje mi się, że byli wtedy pijani. I nawet gdybyśmy byli wrogami, gdybyśmy byli jak wrogowie, to nie bije się kogoś w ten sposób. To było odrażające – widzieć to i tego doświadczyć.
Białoruscy funkcjonariusze wepchnęli Tafariego i jego towarzyszy – łącznie trzynaście osób – do małego samochodu, aby przewieźć ich na placówkę. W trakcie jazdy zatłoczonym pojazdem Tafari stracił przytomność z powodu braku powietrza.
[…] Wepchnęli nas, około 13 osób, do jednego samochodu, bardzo małego samochodu. Było tak tłoczno i duszno w tym samochodzie, że zemdlałem, ponieważ było tam bardzo mało powietrza.
Około godziny 23:00-24:00 funkcjonariusze wysadzili osoby w drodze przy polskiej zaporze granicznej. Tafari nie jest w stanie dokładnie określić czasu zdarzenia, ponieważ wcześniej zabrano im telefony. Na miejscu zostali rozdzieleni na dwie grupy: pięcio- i ośmioosobową. Tafari znalazł się w drugiej grupie. Białoruscy funkcjonariusze postawili pod murem drabinę, przecięli drut żyletkowy i kazali skakać Tafariemu i jego towarzyszom na drugą stronę, brutalnie ich przy tym bijąc, popychając i szczując psami.
Żołnierze sami przynoszą drabinę. Przynoszą drabinę i stawiają ją przy płocie. Następnie żołnierze wchodzą na drabinę i przecinają druty kolczaste. Po przecięciu drutów kolczastych każą ci skoczyć. […] A jeśli nie robisz tego szybko, to wtedy cię biją. Każą ci się szybko wspinać. Jeśli nie wspinasz się tak szybko, jak chcą, to sami cię popychają.
Najpierw bili nas, aż straciliśmy przytomność, zemdleliśmy. Zostaliśmy poważnie pobici, byliśmy okładani pięściami. Zostaliśmy zaatakowani, popchnięci do kąta, nawet przyprowadzili psy, żeby nas szczuć. I ten pies pogryzł niektórych z nas […].
Potem, po wspięciu się na płot, skoczyliśmy, a ja w tym momencie… Złamałem nogę, ale biegłem jeszcze przez chwilę, bo wtedy tego nie czułem, biegłem, próbując uciec.
Tafari i jego towarzysze odnieśli poważne obrażenia. Nie otrzymali pomocy medycznej.
[Były] wypadki znacznie gorsze niż mój. […] Byli ludzie, którzy potrzebowali leków lub pomocy medycznej, […] jedna osoba złamała obie nogi i oba biodra. A jedna osoba złamała prawą nogę i to całkowicie, kompletnie. To był okropny widok, mam nawet nagranie […].
Tafari relacjonuje, że po upadku z muru, będąc w szoku, przebiegł ze złamaną nogą kilka kilometrów w głąb lasu, aż padł ze zmęczenia i zasnął. Tam znalazło go czterech lub pięciu polskich funkcjonariuszy. Założyli Tafariemu plastikowe kajdanki i spryskali mu oczy gazem pieprzowym. Tafari przywołuje, że byli ubrani w jasnozielone mundury. Rozmawiali między sobą po polsku. Zauważył również należący do funkcjonariuszy duży, otwarty z tyłu samochód typu van w grafitowym kolorze. Tafari zaznacza, że w momencie zatrzymania nie był w pełni świadomy. Nie był w stanie rozpoznać znaków szczególnych z powodu gazu w oczach i ogromnego bólu po upadku.
[Polscy strażnicy] przyszli, skuli mnie kajdankami i użyli gazu pieprzowego. Potem nic się nie działo. A potem ponownie użyli gazu pieprzowego i zapytali mnie, ile osób było w grupie. Powiedziałem im, ile osób było w grupie i to wszystko.
Funkcjonariusze wsadzili Tafariego do samochodu i przewieźli do szpitala, gdzie opatrzono mu rany. Tafari poprosił wtedy o ochronę międzynarodową.
Kiedy wypełniałem formularz w szpitalu, zapytałem, czy mogę ubiegać się o azyl.
Następnie zabrano go do placówki, gdzie dwie nowe osoby w cywilnych ubraniach dały mu do wypełnienia formularz w niezrozumiałym dla niego języku. Tafari relacjonuje, że pomimo obecności tłumaczki, nie zrozumiał dokładnie treści podpisywanego dokumentu przez skrajne wyczerpanie. Podczas wywiadu cały czas wymiotował. W trakcie pobytu na placówce miał też problemy z oddychaniem, drgawki, bolał go brzuch i noga. Funkcjonariusze powiadomili go, że będzie mógł zostać w Polsce.
[…] Pamiętam tylko, że [tłumaczka] pytała mnie skąd pochodzę, a potem po prostu życzyła mi powodzenia. Nie czułem się dobrze, nie byłem sobą, wymiotowałem w tym czasie. Byłem w bardzo złym stanie […].
Bolała mnie nie tylko noga, ale też cały brzuch, ciężko mi się oddychało. Nie oddychałem tak, jak zwykle, całe moje ciało drżało, błagałem ich, żeby mnie nie odsyłali, klęczałem przed nimi, prosząc, żeby zabrali mnie do szpitala, a oni śmiali się ze mnie […] i zabrali mnie z tej placówki, żeby wsadzić mnie do samochodu, a potem wypchnęli mnie z powrotem.
Tafari przebywał w placówce około 6-7 godzin. Dostał w tym czasie pół litra wody. Nie zaproponowano mu skorzystania z toalety. Nie był w stanie się poruszać o własnych siłach. Przeszukując go, jeden z funkcjonariuszy rozciął na nim ubrania, podczas gdy trzech innych stało i obserwowało zdarzenie.
[…] rozcięli mi wszystkie ubrania, zostawiając tylko bokserki, poza majtkami, bielizną, rozcięli wszystko. Rozcięli to nożyczkami […] i odesłali mnie z powrotem w samych bokserkach.
Nie szanowali ani prywatności, ani praw do prywatności, ani niczego. Nawet w dzisiejszych czasach, kiedy zwierzęta są szanowane i istnieją prawa ochrony zwierząt, oni nie przestrzegali żadnych praw. Po prostu robili wszystko na miejscu i nie chronili moich praw ani niczego innego.
Następnie kazali mu wstać z kolan i wejść do samochodu. Tafari zaznacza, że sprawiało mu to problem ze względu na uraz kolan i ud. Strażnicy powiedzieli, że zabiorą go do szpitala, ale zamiast tego wywieźli go do lasu tym samym grafitowym pojazdem, w którym przyjechali. Pushback miał miejsce około godziny 13:00. Tafari nie pamięta dokładnie lokalizacji, jedynie numer słupa pomiędzy 400 a 500.
Przyszli, kiedy spałem, i powiedzieli mi, że jadę do szpitala. Potem wsadzili mnie z powrotem do furgonetki.
Miałem zerwane więzadło krzyżowe przednie i byłem w bardzo złym stanie. Klęczałem tam, a oni kazali mi wsiąść do samochodu. […] kazali mi wejść na górę i przepchnęli mnie przez mur i to było wszystko.
Tafari relacjonuje również sytuację pozostałych osób z grupy, w której przekroczył granicę.
[…] trzy osoby, które odniosły poważne obrażenia nie otrzymały żadnej pomocy medycznej, zostały zawrócone. Ale pozostali poszli dalej, myślę, że przekroczyli granicę, niektórzy z nich wrócili, może w innej kolejności, nie wiem. Ale niektórym z nich udało się przejść.
Tafari spędził spędził około dwóch dni w lesie po białoruskiej stronie granicy. Nie był w stanie poruszać się o własnych siłach – wspomina, że musiał opierać się o drzewa. Spotkał tam inne osoby ze swojej grupy. Tafari i jego towarzysze przetrwali jedząc liście i pijąc wodę ze znalezionych na ziemi puszek. Po dwóch dniach zatrzymali ich białoruscy funkcjonariusze i zawieźli do postoju taksówek.
Po dotarciu na Białoruś nie zrobili dla nas nic. Spaliśmy tam przez dwa dni, a oni nie dali nam ani jedzenia, ani wody. […] Musieliśmy podgrzewać i pić wodę, którą znaleźliśmy w wyrzuconych trzy czy cztery miesiące temu puszkach po tuńczyku. […] Nawet nie bili [już] moich przyjaciół, ponieważ byliśmy poważnie ranni i musieliśmy jeść liście oraz przetrwać dzięki temu, co znaleźliśmy na ziemi […]. To, co tam znaleźliśmy, musieliśmy, jak już wspomniałem, podgrzać w wodzie z puszki po tuńczyku i jeść z liśćmi, a później rozchorowaliśmy się, bo jedliśmy jak krowy […].
Drugi pushback
Tafari przeszedł przez granicę drugi raz miesiąc później, 4 lipca 2025, w grupie czterech osób z Etiopii. Wcześniej przez dwa dni przebywali w lesie pomiędzy polską i białoruską zaporą graniczną. Tafari i jego towarzysze przeszli przez zbiornik wodny i przedostali się na polską stronę przez dziurę w zaporze granicznej. Następnie zostali zatrzymani przez polskich funkcjonariuszy.
Pomiędzy zatrzymaniem i pushbackiem Tafari doświadczył ciężkiego pobicia, ale nie był w stanie określić w którym dokładnie miejscu i momencie miało miejsce. Funkcjonariusze związali ręce Tafariemu i jego towarzyszom, trzykrotnie spryskali ich gazem pieprzowym w oczy i brutalnie pobili. Tafari opisuje, że funkcjonariusze byli ubrani “jak żołnierze”: mieli na sobie jasnozielone mundury i nosili maski, które zasłaniały ich twarze.
Znalazł mnie w Polsce. Była tam rzeka, podobna do jeziora, którą przekroczyliśmy, a potem przekroczyliśmy to jezioro i znaleźliśmy przecięte ogrodzenie, więc weszliśmy, nie wspinaliśmy się, ale prześlizgnęliśmy się przez granicę.
Używali głównie rąk i stóp, więc nie wiem, czy używali broni, ponieważ na 15 minut straciłem przytomność, a oni nie […] mówią: „To jest wrażliwe miejsce, to jest intymna część ciała, której nie powinno się uderzać”. Po prostu obrzucają cię pięściami i uderzają cię wszędzie, gdzie tylko zdołają. Biją cię gdzie tylko mają na to ochotę.
Gdy byliśmy już na ziemi, [polski funkcjonariusz] nadepnął mi na głowę, jak wspomniałem wcześniej, straciłem przytomność. […]
Więc mieliśmy związane ręce z tyłu. Leżałem na ziemi, a on… moja twarz była cała we krwi, cała pokryta krwią. A on mnie kopał, […], oni robili mi zdjęcia, wyśmiewali się ze mnie. Więc możesz to znaleźć. A ja leżałem tam na ziemi, błagając żeby darowali mi życie.
Tafari i jego towarzysze zostali przewiezieni do placówki, gdzie przetrzymywano ich przez 3-4 godziny. Nie dano im w tym czasie wody ani jedzenia. Na placówce funkcjonariusze przeszukali osoby z grupy nago i robili im zdjęcia.
Poszliśmy tam i nas przeszukiwali. Kazali nam się rozebrać. Przeszukali nas, robili nam zdjęcia, zostawili nas nago, a potem wypchnęli nas z powrotem.
Tafari podsumowuje te zdarzenia refleksją o szczególnym okrucieństwie funkcjonariuszy:
Szczerze prosiłem: “Zabijcie nas, pozwólcie nam umrzeć z godnością człowieka”… Być tak okrutnym wobec innego człowieka, jakbyśmy byli przestępcami […]. Podczas gdy ludzie, którzy pochodzą z innego świata… Bycie traktowanym w ten sposób było przerażające, deptanie po głowie. On dosłownie deptał mi po głowie… Stał na mojej głowie, a ja leżałem na ziemi… To był okropny widok.
Tafari mówi, że w tej sytuacji nie było żadnej możliwości, żeby porozmawiać z funkcjonariuszami ani poprosić o ochronę międzynarodową.
Następnie całą czwórkę przewieźli samochodem pod granicę i przepchnęli. Tafari nie zna lokalizacji pushbacku i podkreśla, że był wtedy półprzytomny z powodu obrażeń głowy. W Białorusi funkcjonariusze złapali ich i zabrali do placówki. Potem zaprowadzili ich do lasu, gdzie zmuszali ich do przemocy seksualnej wobec kobiet i bili ich, gdy odmawiali. Doznali na skutek tego poważnych obrażeń.
W Polsce nas przepchnęli, otworzyli ogrodzenie. Otworzyli je i kazali nam iść, przekroczyć granicę z Białorusią. A kiedy dotarliśmy do Białorusi, zmieszali nas z dziewczynami. A kiedy nas zmieszali z dziewczynami, umieścili nas w tym obozie. A z tego obozu wyprowadzili nas i zabrali do lasu. Zabrali nam buty, więc byliśmy boso. […] Białoruscy funkcjonariusze kazali nam rozebrać się do naga i zgwałcić kobietę, mówiąc, żebyśmy ją całowali, obmacywali i zgwałcili, a kiedy odmówiliśmy, to nas pobili. Kazali nam więc rozebrać się, całować kobietę i ją zgwałcić, a kiedy odmówiliśmy, powiedzieliśmy, że nigdy nie zrobimy czegoś takiego, to nas pobili.
Byliśmy w bardzo ciężkim stanie, którego nie życzyłbyś nawet swoim wrogom. […] kiedy dotarliśmy do taksówki, taksówkarz pomógł nam wsiąść… Ponieważ kiedy zobaczył nogi jednego z mężczyzn, zrobiło mu się go żal. Zabrał go do szpitala. I oni jakoś, no wiesz, wyleczyli mu nogę. Ale jego biodra nadal nie działają. Nie może nimi poruszać. Są jakby uszkodzone.
Podczas rozmowy Tafari przebywa nadal w Białorusi i jest w ciężkim stanie. Nie ma dostępu do jedzenia ani pomocy medycznej.
W tej chwili smutną rzeczywistość jest taka, że jemy jedzenie z kosza na śmieci, ponieważ nie mogliśmy nic zrobić. Nie mamy pieniędzy. Nie mamy nic. I taka jest rzeczywistość, z którą obecnie się zmagamy.
Chcę, żeby wszystko zostało opublikowane. Nie chcę, żeby cokolwiek zostało pominięte w publikacji, ponieważ chcę, żeby świat dowiedział się o cierpieniu. Żeby wiedział, że w naszym kraju trwa wojna. Nie jesteśmy tu z własnego wyboru, ale dlatego, że zostaliśmy zmuszeni […] My nie możemy wrócić. Dlatego tu jesteśmy […].