Szczerze mówiąc, traktowali nas jak zwierzęta – pushbacki Barkhada
-
Rodzaj zdarzenia:
Pushback z Polski do Białorusi
- Całkowita liczba pushbacków: 6
- Tagi: mężczyźni
- Data: 08.2025
- Lokalizacja: Nieznana
- Liczba osób: 8
- Kraje pochodzenia: Somalia
- Prośba o azyl: TAK
- Przewiezienie na placówkę SG: TAK
-
Rozmówcą jest Barkhad z Somalii, który wyjechał do Białorusi pod koniec 2024 roku, tuż po ukończeniu studiów. Przebywał tam do 4 września 2025 roku i w tym czasie doświadczył sześciu wywózek z Polski do Białorusi. W wywiadzie opowiada o ostatniej z nich.
Barkhad udał się w stronę granicy polsko-białoruskiej na początku sierpnia 2025 w grupie ośmiu mężczyzn z Somalii. Po przekroczeniu pierwszej zapory granicznej na terytorium Białorusi zostali zatrzymani przez białoruskich funkcjonariuszy, którzy kazali im położyć się na ziemi, po czym kopali ich, bili pięściami i grozili, krzycząc. Następnie przesłuchali zatrzymanych i umieścili ich w placówce na dobę, zabierając im na ten czas telefony. Funkcjonariusze wypuścili Barkhada i jego towarzyszy kolejnego dnia gdy usłyszeli, że chcą kierować się w stronę Polski. Kazali im przekroczyć zaporę graniczną.
A potem zostaliśmy złapani przez białoruskich strażników. Zabrali nam telefony, zadawali nam pytania i zatrzymali nas na placówce na noc. Następnego dnia oddali nam telefony, zadali nam kilka pytań i gdy dowiedzieli się, że próbujemy dostać się do Polski, wypuścili nas i kazali nam przekroczyć granicę.
Barkhad i jego towarzysze spędzili wówczas łącznie tydzień w lesie pomiędzy zaporami granicznymi. W tym czasie skończyło im się jedzenie.
12 sierpnia, około piątej rano, przekroczyli polską zaporę graniczną w rejonie pomiędzy słupami nr 390 i 400. Tylko trzem osobom z grupy – Barkhadowi oraz dwóm mężczyznom w wieku 22 i 23 lat – udało się przejść przez mur przed pojawieniem się funkcjonariuszy. Reszta osób nie przekroczyła zapory granicznej. Podczas późniejszej rozmowy z tymi osobami Barkhad dowiedział się, że zostali oni postrzeleni gumowymi kulami.
W wyniku upadku z muru jeden z mężczyzn, którym udało się przejść na polską stronę, doznał urazu pleców. Barkhad skręcił kostkę, czego dowiedział się dopiero podczas wizyty lekarskiej po powrocie do Białorusi. Tuż po przekroczeniu zapory Barkhad zauważył dwóch strażników, którzy wysiedli z ciemnozielonego samochodu. Zaczął uciekać. Funkcjonariusze strzelali do osób w drodze gumowymi kulami, trafiając Barkhada w plecy. Zauważywszy, że strażnicy już ich nie gonią, Barkhad i jego towarzysze ukryli się na kilka godzin. Następnie ruszyli dalej, kierując się do punktu odbioru oddalonego o około 20 kilometrów. Grupa przemieszczała się bardzo wolno z powodu urazu nogi Barkhada.
W momencie, gdy próbowałem wstać, uświadomiłem sobie, że moja noga jest poważnie zraniona. Dwóch moich kolegów zdecydowało, że mi pomogą i szliśmy bardzo, bardzo wolno przez mój uraz. Możliwe, że pokonalibyśmy tę trasę szybciej, ale ponieważ szliśmy tylko przez las, omijając większe drogi, ta 20-kilometrowa podróż zajęła nam 4 dni. Nie mieliśmy jedzenia ani wody, za wyjątkiem wody z rzeki, którą znaleźliśmy po drodze.
Po pewnym czasie Barkhad i jego towarzysze nie byli w stanie już iść dalej i skontaktowali się z organizacją humanitarną z prośbą o pomoc. Otrzymali wodę, jedzenie, oraz telefony, po czym ruszyli w dalszą drogę. Dotarcie do punktu odbioru zajęło im cztery dni.
Kierowca, który odebrał grupę Barkhada został zatrzymany po około 10-15 minutach jazdy. Funkcjonariusze w cywilnych ubraniach, którzy poruszali się dwoma samochodami, włączyli syreny alarmowe i wysiedli z pojazdów, po czym wyciągnęli z zatrzymanego samochodu wszystkie osoby. Barkhada i jego towarzyszy zakuli w plastikowe kajdanki, a kierowcę i jadącą z nim kobietę w metalowe. Funkcjonariusze grozili wówczas osobom z grupy:
Po prostu nam grozili. Mieli przy sobie pistolety. Mówili: jeśli spróbujecie uciekać, będziemy strzelać. Ale my nie sprawialiśmy żadnych problemów, tylko siedzieliśmy, więc nie uderzyli nas ani nie zaatakowali fizycznie.
Funkcjonariusze przesłuchali wszystkie osoby z grupy. Następnie na miejscu pojawiło się jeszcze czterech funkcjonariuszy opisanych przez Barkhada jako strażnicy graniczni, którzy przewieźli Barkhada i jego towarzyszy na placówkę w tylnej części dużego ciemnozielonego samochodu z kratami. Wewnątrz Barkhad zauważył naklejki z napisem “straż graniczna”. Jazda samochodem trwała około pół godziny.
Kierowca był z osobą, którą opisałbym jako jego partnerkę. Zostali zakuci przez funkcjonariuszy w metalowe kajdanki, a my w plastikowe. Przesłuchano ich, i nas również. […] potem przyszli strażnicy graniczni i zostaliśmy im przekazani. Zabrali nas do większego ośrodka z dużymi budynkami i wieloma samochodami. […] Gdy wychodziliśmy [z samochodu] myśleli, że udaję z moją nogą, więc wypchnęli mnie z samochodu.
Na placówce Barkhad i jego towarzysze zostali przeszukani przez funkcjonariuszy. Jak relacjonuje, zostało to przeprowadzone bez zapewnienia im podstawowej prywatności:
Powiedziałbym, że nie było tam żadnej prywatności. Przeszukiwali nas wszystkich razem i wtedy kazali nam się rozebrać. To nie było tak, że oni nas poprosili, a my się zgodziliśmy, raczej grozili nam, popychali nas i krzyczeli nakazując, żebyśmy się rozebrali.
Barkhad i jego towarzysze spędzili na placówce noc, a następnie zostali ponownie przesłuchani przez dwóch funkcjonariuszy – kobietę i mężczyznę. Jak relacjonuje, podczas obszernego przesłuchania Barkhad został mylnie poinformowany, że dostanie ochronę międzynarodową, jeśli odpowie na pytania.
Kiedy zabrali nas na przesłuchanie, zadawali nam bardzo szczegółowe pytania, obejmujące wszystko – od tego, skąd przyjechaliśmy, aż po to, jak dostaliśmy się do kraju, jakie były nasze zamiary, kim jesteśmy, jak nazywają się nasze matki, wszystko. Kobieta zadawała pytania i zapytałem ich wprost, czy przyznają mi ochronę międzynarodową. Oni odparli: “jeśli udzielisz nam odpowiedzi, których szukamy i jeśli będziesz odpowiadał obszernie, to tak, damy ci azyl”. W gruncie rzeczy mówili, że dadzą mi co tylko chcę.
Po udzieleniu wywiadu, Barkhad otrzymał dokument, którego nie przeczytał w pełni przez pospieszanie ze strony funkcjonariusza. Relacjonuje, że przez presję czuł się zmuszony do podpisania go.
[…] z tego, co zdążyłem przeczytać, wynikało, że dokument zawierał zapis rozmowy, którą właśnie odbyliśmy. Nie mogę jednak powiedzieć, że przeczytałem go w całości, bo bardzo nas pospieszano, a funkcjonariusz cały czas pytał, czy podpiszę, czy nie. Czułem presję i wydawało mi się, że jedyną opcją jest podpisanie. Dlatego nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że przeczytałem cały dokument i wiem dokładnie, co tam było napisane.
Następnie Barkhada i jego towarzyszy zabierano po kolei do innego pokoju. Funkcjonariusz przedstawił Barkhadowi kolejny dokument, zasłaniając jego treść kartką i prosząc o podpis na dole. Dokument napisany był po polsku, angielsku, oraz somalijsku. Początkowo funkcjonariusz nie chciał pokazać treści dokumentu – zrobił to dopiero po tym, gdy Barkhad oświadczył, że w przeciwnym razie go nie podpisze. Jednocześnie ponaglał Barkhada. Dokument zawierał oświadczenie o zrzeczeniu się ochrony międzynarodowej oraz zgodę na przewiezienie w miejsce, które nie zostało jeszcze wpisane w pole. Barkhad nie podpisał dokumentu.
Jeden z funkcjonariuszy miał przy sobie kolejny dokument i również poprosił nas o podpis, ale zasłaniał jego treść inną kartką, wskazując po prostu miejsce na podpis. Poprosiłem go, żeby odsunął rękę i pokazał mi dokument. Najpierw odmawiał, ale powiedziałem, że nie podpiszę, jeśli nie przeczytam treści dokumentu. Po krótkiej kłótni pozwolił mi go przeczytać. Dokument był dla mnie zaskakujący, ponieważ jego treść całkowicie różniła się od tego, o czym przed chwilą rozmawialiśmy podczas poprzedniego przesłuchania. Byłem wstrząśnięty tym, że dokument napisany był nie tylko po polsku i angielsku, ale także w języku somalijskim, który w pełni rozumiem. Jego treść była szokująca, bo było tam napisane, że w ogóle nie ubiegam się o azyl i wyrażam zgodę na przewiezienie do… i to miejsce było puste, aby mogło być wypełnione później tam, gdzie mnie zabiorą. Funkcjonariusz cały czas nalegał, żebym podpisał. Najpierw odmówiłem, powiedziałem, że nie podpiszę, i ostatecznie nie podpisałem. Nie zmuszali mnie do podpisu, tylko wywierali presję, a ja odmawiałem.
Funkcjonariusz przez manipulację skłonił do podpisu innego mężczyznę z grupy. Następnie pobrał od wszystkich trzech mężczyzn odciski palców i zrobił im zdjęcia.
Potem poprosił mnie o kolejne odciski palców i również początkowo odmówiłem, bo myślałem, że ma to związek z tamtym dokumentem. Po chwili jednak mnie do tego zmusili i pobrali ode mnie odciski palców. Tylko dwóm z nas kazano podpisać ten dokument, trzeciemu nie. Potem, gdy rozmawialiśmy z tym chłopakiem, [powiedział] że też najpierw odmówił podpisania dokumentu, ale [funkcjonariusze] powiedzieli mu: “dobrze, jeśli nie chcesz podpisać, to po prostu napisz swoje trzy imiona, to też będzie w porządku”. W tamtym momencie nie zdawał sobie sprawy, że to jest równoznaczne z podpisem, więc po prostu napisał swoje imiona w polu na podpis. Później pobrali mu też odciski palców i zrobili nam po dwa zdjęcia.
Żeby pokazać różnicę: pierwszy mężczyzna, który zadawał nam pytania i prowadził przesłuchanie, był raczej spokojny i cała ta sytuacja była spokojna. Ale podczas drugiej części, gdy zmuszali mnie do podpisu i pobrali mi odciski palców i zrobili zdjęcie, funkcjonariusze byli trochę bardziej brutalni. Podchodzili bardzo blisko, krzyczeli, wrzeszczeli, i wykonywali ruchy, jakby mieli mnie uderzyć, żeby tylko mnie przestraszyć.
Barkhad relacjonuje, że wielokrotnie prosił o pomoc medyczną, ale jego prośby były ignorowane. On i jego towarzysze prosili również o wodę, którą dostali wraz z herbatnikami około doby później. Pomimo licznych próśb, w tym czasie pozwolono im skorzystać z toalety tylko raz.
Mówiłem o tym funkcjonariuszom na każdym etapie – tym, którzy nas zatrzymali, strażnikom granicznym, którzy zabrali nas do ośrodka, a także tym, którzy później prowadzili przesłuchanie. Ale najczęściej po prostu przechodzili od razu do swoich pytań albo udawali, że nie słyszą lub nie rozumieją. Ignorowali zupełnie to, że mam uraz.
[…] kiedy tłumaczyliśmy im, że byliśmy w lesie przez bardzo długi czas, że od dawna nic nie jedliśmy i prosiliśmy ich o wodę, nie dali nam absolutnie nic przez całą noc i dzień, które tam spędziliśmy. […] Przez cały ten czas nie dostaliśmy niczego, a dopiero następnego dnia, przed pushbackiem, dali nam wodę i herbatniki. Powiedziałbym, że minęły 24 godziny.
Osoby w grupie prosiły również o ochronę międzynarodową. Ich prośby były ignorowane, a funkcjonariusze nie udzielili im odpowiednich informacji, celowo – według relacji Barkhada – wprowadzając ich w błąd.
[…] prosiliśmy o ochronę międzynarodową, szczególnie podczas przesłuchania na placówce kolejnego dnia. […] Podczas rozmowy wyjaśnialiśmy wielokrotnie, że ubiegamy się o ochronę międzynarodową. Sprawiała wrażenie że była tam, żeby nam pomóc. Prosiła nas, żebyśmy odpowiadali jasno i szczegółowo, sugerując, że są skłonni pomóc nam i że otrzymamy później ochronę międzynarodową. Więc tak, pytaliśmy wielokrotnie, zrozumieli i również sprawiali wrażenie, że chcą nam pomóc.
Dwóch funkcjonariuszy – kobieta i mężczyzna – ponownie zakuło osoby w drodze w kajdanki. Umieścili ich w samochodzie, grożąc im przy tym i krzycząc. Następnie przewieźli ich do zapory granicznej w okolicach słupa nr 300. Jazda samochodem trwała około dwóch godzin. Funkcjonariusze oddali osobom w drodze telefony i wypchnęli ich przez granicę około godziny 19:00–20:00. Podczas pushbacku Barkhad poprosił strażników o wodę, po czym został spryskany gazem pieprzowym.
Po pobraniu odcisków palców i wykonaniu zdjęć, zaprowadzono nas z powrotem do miejsca, w którym byliśmy przetrzymywani. Jakiś czas później wrócili i w pewnym momencie kazali nam się bardzo szybko ubrać. Wtedy próbowałem wyjaśnić, że jestem ranny i zapytałem, czy mogą udzielić mi jakiejś pomocy [medycznej], ale usłyszałem, że nie ma czegoś takiego. […] Gdy wysiadaliśmy z samochodu, nadal byliśmy zakuci w kajdanki, więc znowu wyglądało to tak samo: krzyki, pospieszanie, żeby wychodzić szybciej. Do przecięcia kajdanek użyli nożyc i rozcięli mi też ramię. Następnie kazali nam iść — otworzyli bramkę i przeszliśmy przez granicę. W tym momencie spróbowałem poprosić ich o wodę, bo byłem jedyną osobą mówiącą po angielsku. Odpowiedzieli, że nam jej nie dadzą, i w dodatku spryskali mnie gazem pieprzowym.
Po pushbacku Barkhad i jego towarzysze znaleźli się w okolicach Brześcia. Barkhad podkreśla, że jest to obszar, w którym białoruscy strażnicy stosują bardziej brutalną przemoc i przepychają osoby w drodze z powrotem do Polski. Grupa Barkhada zaczęła przemieszczać się wzdłuż granicy na północ, w stronę okręgu grodzieńskiego, w którym, według relacji, łatwiej jest się wydostać z obszaru przygranicznego, a białoruscy funkcjonariusze stosują mniej przemocy. Barkhad został w tyle, ponieważ w wyniku doznanych urazów poruszał się wolniej niż pozostali. Relacjonuje, że z trudnością przechodził przez bagnisty teren. Następnie funkcjonariusze z psem zatrzymali Barkhada w okolicach słupa granicznego 389/390. Mieli na sobie cywilne ubrania i poruszali się samochodem. Był wtedy wieczór.
Ponieważ z powodu urazów szedłem naprawdę wolno, tamci dwaj poszli dalej i zostałem sam. Te rejony są podmokłe i bagniste. Kilka razy prawie utknąłem w błocie właśnie przez swoje urazy, ale szedłem dalej i na szczęście ostatecznie nie ugrzązłem. Kiedy powoli zbliżałem się do okolic słupów granicznych 389 i 390, pojawili się funkcjonariusze z psem i samochodem. Wtedy zostałem zatrzymany. I od tego momentu zaczęło się to wszystko, czego wcześniej próbowałem uniknąć w Brześciu […] Szczerze mówiąc, traktowali nas jak zwierzęta — bili, krzyczeli, trzymając nas w jednym miejscu.
Funkcjonariusze przewieźli Barkhada na placówkę. Barkhad relacjonuje, że spotkał tam wiele osób w drodze, w tym jego dwóch towarzyszy, od których oddzielił się idąc wzdłuż granicy Barkhad i jego towarzysze zostali pobici przez funkcjonariuszy i zamknięci w pomieszczeniu. W środku nocy funkcjonariusze krzycząc poinformowali zatrzymanych, że mają jechać do Polski. Następnie wywieźli ich pod zaporę graniczną w środku nocy wraz z innymi osobami z placówki.
Bili nas i grozili nam. A potem po prostu nas gdzieś zamknęli. Później ci funkcjonariusze bez mundurów przyszli w środku nocy z krzykiem. Powiedzieli: “idziecie do Polski i nie wracacie”. I rzeczywiście zawieźli nas na granicę.
Funkcjonariusze, używając elektrycznego narzędzia wycięli przejście w zaporze granicznej i kazali osobom w drodze ponownie przejść na terytorium Polski, grożąc im, że jeśli nie przejdą lub wrócą, potną im ciała. Większość osób w grupie zatrzymała się przed kolejną zaporą graniczną. Na miejscu pojawili się polscy funkcjonariusze i pobili osoby, które próbowały przejść przez zaporę, a Barkhada spryskali gazem pieprzowym.
Mieli przy sobie elektryczną przecinarkę i zaczęli ciąć ogrodzenie. Powiedzieli nam, że jeśli nie przejdziemy albo jeśli wrócimy, to nas potną tak, jak ten płot. Kazali nam przejść do Polski. […] Byliśmy zmęczeni, długo nie jedliśmy. Niektórzy z nas byli ranni. To była duża grupa – nie tylko nas dwóch, ale też wiele innych osób, które zabrano z placówki. Natychmiast się zatrzymaliśmy i czekaliśmy, aż podejdą do nas polscy funkcjonariusze. Jacyś mężczyźni z Etiopii próbowali przejść dalej, ale od razu ich złapali i jeszcze bardziej pobili. Nas nie pobili, bo od razu poddaliśmy się po wejściu na teren Polski. Gdy przyszli funkcjonariusze, po prostu spryskali nas gazem pieprzowym i to już było za dużo. Bardzo nas wtedy bolało.
Polscy funkcjonariusze pobili niektóre osoby z grupy i kopnęli Barkhada w głowę:
Próbowałem rozmawiać z funkcjonariuszami, bo mówiłem po angielsku, ale gdy tylko zacząłem mówić, od razu jeszcze bardziej spryskali mnie gazem. Kiedy leżałem na ziemi, jeden z nich kopnął mnie w głowę.
Barkhad został wtedy rozdzielony ze swoją grupą i ponownie przepchnięty przez zaporę graniczną. Relacjonuje, że z wycieńczenia zasnęli w lesie pomiędzy dwoma zaporami. Następnie zostali zatrzymani przez umundurowanych funkcjonariuszy, którzy przewieźli ich na placówkę. Na placówce osoby w drodze zostały pobite przez funkcjonariuszy w cywilnych ubraniach i ponownie przepchnięte przez zaporę graniczną, gdzie zatrzymali ich polscy funkcjonariusze. Barkhad i jego towarzysze prosili ich o pushback w miejscu, z którego mogliby udać się do Mińska. Prośby te zostały jednak zignorowane, a osoby w drodze zostały jeszcze dwukrotnie przepchnięte na jedną i drugą stronę zapory granicznej.
To był drugi raz. Doświadczenie było podobne. Od razu przepychano nas do Polski. Pojawiali się funkcjonariusze i pytali: „podoba wam się ta gra?”. Próbowaliśmy im tłumaczyć, żeby nie odsyłali nas z powrotem do Brześcia. Prosiliśmy, żeby tym razem zabrali nas w okolice Grodna. Ale i tak wypychali nas do Brześcia. To zdarzyło się drugi raz, a potem jeszcze trzeci, i te zdarzenia były bardzo podobne: zatrzymanie, pushback, bicie, zabranie na placówkę, ponowne bicie i znowu wypychanie. Po przypadku, który opisałem, zdarzyło się to jeszcze dwa razy.
Ostatecznie Barkhad wydostał się ze strefy przygranicznej, dzięki temu że zapłacił 900 dolarów Afgańczykowi, który współpracował z białoruskimi funkcjonariuszami. Barkhad relacjonuje, że na granicy polsko-białoruskiej spędził łącznie 22 dni, w tym przez około dwa tygodnie doświadczał ciągłych pushbacków. Podkreśla, że za wyjątkiem pomocy otrzymanej od organizacji humanitarnej, nie zjadł w tym czasie żadnego posiłku. Pod koniec wywiadu Barkhad podkreśla systemowy aspekt przemocy ze strony polskich funkcjonariuszy:
Oni wiedzą, że jeśli wypchną cię z powrotem do Brześcia, to zostaniesz tam pobity – i mimo to robią to dalej, bo jest to część ich planu […], po to, żebyś cierpiał jeszcze bardziej, chociaż i tak już jesteś w trudnej sytuacji. Chciałbym to podkreślić: oni działają z pełną świadomością. Większość ich działań nie jest przypadkowa, ani nie jest wynikiem jakiegoś zbiegu okoliczności – każdy krok jest przemyślany. Oni dokładnie wiedzą, co spotka cię w wyniku ich decyzji.
4 września 2025, po krótkim leczeniu w Białorusi, Barkhad wrócił do Somalii.