Nie strzelają, ani nie zabijają. Chcą, żebyś zabił się sam – pushback Tesfaye
-
Rodzaj zdarzenia:
Pushback z Polski do Białorusi
- Całkowita liczba pushbacków: 6
- Tagi: mężczyźni
- Data: 06.2025
- Lokalizacja: okolice Brześcia
- Liczba osób: 4
- Kraje pochodzenia: Etiopia
- Prośba o azyl: TAK
- Przewiezienie na placówkę SG: TAK
-
Rozmówcą jest Tesfaye pochodzący z rejonu Amhara z Etiopii, który wyjechał z kraju z powodu wojny domowej. Od przyjazdu do Białorusi w okolicach czerwca 2025 roku doświadczył trzech pushbacków. W wywiadzie przeprowadzonym w październiku 2025 roku Tesfaye opisuje pierwszy z nich, który wydarzył się około dwa miesiące wcześniej.
Tesfaye wyruszył w stronę granicy polsko-białoruskiej razem z trzema Etiopczykami, których znał wcześniej. Po drodze do grupy dołączyło kolejnych dziesięciu mężczyzn pochodzących z Etiopii oraz Kamerunu. Tesfaye i jego towarzysze zostali zatrzymani w strefie pomiędzy dwoma zaporami przez białoruskich funkcjonariuszy, którzy umieścili ich w jednym małym samochodzie z psem siedzącym na przednim siedzeniu. Funkcjonariusze przeszukali i pobili osoby z grupy.
Razem ze mną, było nas czworo, czterech przyjaciół, i szliśmy do wolnej strefy między Polską a Białorusią. I to był pierwszy raz, kiedy próbowaliśmy przekroczyć granicę. A kiedy dotarliśmy do strefy, spotkaliśmy kolejne dziesięć osób, czyli razem było już czternaście osób. [Funkcjonariusze] wcisnęli nas do jednego małego samochodu, a na przednim siedzeniu siedział pies. To zagranie psychologiczne, gdy pies siedzi z przodu, a człowiek z tyłu. Wsadzili nas wszystkich do tego samochodu, przeszukali i pobili.
Białoruscy funkcjonariusze zebrali dane osobowe Tesfaye i jego towarzyszy i przetrzymywali ich do północy, grożąc im i bijąc ich.
W ciągu dnia byliśmy [razem z] pozostałymi dziesięcioma osobami. Powiedziano nam, żebyśmy nie wstawali i nigdzie się nie oddalali: „jeśli stąd odejdziecie – mamy psy, znajdziemy was, a konsekwencje będą poważne”. Dlatego siedzieliśmy tam, w świetle, a oni nas bili. Miało to miejsce przed obozem, który wyglądał jak namiot, a nie jak prawdziwy obóz. Zanim nas tam umieścili, bili nas.
O północy funkcjonariusze przewieźli część osób z grupy wraz z Tesfaye do linii granicznej. Następnie przecięli drut kolczasty, kazali ośmiu osobom wspiąć się po drabinie na mur i zeskakiwać na drugą stronę. Towarzyszyły temu bicie i zastraszanie. W wyniku upadku z wysokości sześć osób z grupy doznało poważnych obrażeń, w tym Tesfaye, który złamał rękę.
Gdy ustawiliśmy się w szeregu, policja przecięła drut kolczasty na górze [muru], postawili drabinę i kazali nam skakać, bijąc nas przy tym […]. Więc kiedy byliśmy zmuszeni do skoku, sześć osób doznało złamań. Nawet ja doznałem urazu ręki. Kiedy skakaliśmy jedna osoba została poważnie ranna w biodro i nogę, jego biodro i noga były złamane. Inna osoba złamała nogi. Więc sześć osób zostało poważnie rannych.
Po przekroczeniu polsko-białoruskiej zapory granicznej w okolicy Grodna, osoby w drodze zostały zatrzymane przez około dwunastu polskich funkcjonariuszy. Część z nich poruszała się większym samochodem, a reszta pieszo. Mieli na sobie mundury, które Tesfaye określa jako wojskowe. Funkcjonariusze spryskali Tesfaye i jego towarzyszy gazem pieprzowym i skuli trytytkami. Tesfaye zaznacza, że z powodu złamanej ręki sprawiło mu to ogromny ból.
Funkcjonariusze zignorowali prośby o udzielenie pomocy medycznej, w odpowiedzi śmiejąc się i szydząc z poszkodowanych.
Po tym jak skoczyliśmy i odnieśliśmy obrażenia, przyjechali polscy strażnicy graniczni. Zwłaszcza ci, którzy byli poważniej ranni, wołali o pomoc. Ja też o nią prosiłem. Powiedziałem im, że mam złamaną rękę i potrzebuje opieki medycznej, a oni z nas kpili. I śmiali się z nas, kiedy ja miałem złamaną rękę.
To były plastikowe kajdanki, ale tak je zacisnęli, że czułem ogromny ból. Mówiłem też, że złamałem rękę, a oni bardzo mocno ją ściskali.
Tesfaye relacjonuje, że nie miał szans na wyrażenie chęci ubiegania się o ochronę międzynarodową.
Ciężko mówić o takim przywileju jak pytanie jak azyl międzynarodowy, skoro oni nie reagowali nawet na nasze prośby o doraźną pomoc medyczną.
Jeszcze przy murze, polscy funkcjonariusze przeszukali Tesfaye i jego towarzyszy, każąc im się rozebrać. Zabrali ich rzeczy osobiste i przewieźli wszystkich do jednopiętrowego budynku. Tesfaye i jego towarzysze jechali ściśnięci, a cztery osoby siedziały na podłodze pojazdu. Podróż trwała około dwóch godzin. Tesfaye i jego towarzysze musieli sami, bez pomocy funkcjonariuszy, przenosić z samochodu inne osoby z urazami.
Załadowali do samochodu osiem osób, więcej niż było miejsc. […] Zawieźli nas do budynku i kiedy już tam byliśmy, myślałem, że udzielą nam pomocy medycznej, ale dali nam tylko bandaż, żeby złagodzić ból czy coś, to wszystko. Powiedzieli “tu są wasze rzeczy” i pokazali nam, gdzie leżą.
Nie pomogli nam nawet w przenoszeniu rannych do budynku. Po dotarciu na miejsce zmusili nas do przenoszenia osób z urazami, które nie były w stanie chodzić, więc musieliśmy wnosić je do środka.
Na placówce Tesfaye spotkał ponad czterdzieści innych zatrzymanych osób w drodze, które spały na podłodze. W trakcie pobytu na placówce Tesfaye i jego towarzysze nie otrzymali wody ani jedzenia. Funkcjonariusze zabrali im również jedzenie, które mieli przy sobie. Ranni otrzymali jedynie bandaże, którymi sami musieli opatrzyć sobie rany. Zwrócono im też większość rzeczy.
Nic nam nie dali. Nie tylko nie dali nam nic do jedzenia, ale zabrali nasze i oddawali je innym osobom, które tam były.
Podczas pobytu na placówce funkcjonariusze sprawdzili dokumenty osób w drodze. Tesfaye i jego towarzyszom nie udzielono żadnych informacji i nie wyjaśniono procedur. Rozkuto jedynie osoby z najpoważniejszymi obrażeniami, w tym Tesfaye.
Niektórzy byli poważnie ranni. Tym rozcinano kajdanki. Ale jeśli nie miałeś żadnych obrażeń, prawdopodobnie zostałeś w kajdankach przez osiem godzin.
Po ośmiu godzinach do pokoju wszedł funkcjonariusz, który krzycząc nakazał Tesfaye i jego towarzyszom opuścić pomieszczenie.
Nic nam nie wytłumaczyli. W końcu, gdy już mieli nas wypychać, przyszedł łysy mężczyzna i zaczął nam grozić po angielsku, mówiąc, że nas wywiozą, to wszystko.
Następnie Tesfaye i jego towarzysze zostali przewiezieni pod polsko-białoruską linię graniczną. Funkcjonariusze wypchnęli osoby w drodze przez bramki w murze w okolicach Brześcia w czteroosobowych grupach. Tesfaye relacjonuje, że również podczas pushbacku jeden z funkcjonariuszy im groził.
Po drugiej stronie zapory granicznej osoby w drodze zostały od razu zatrzymane i pobite przez białoruskie służby. Tesfaye raportuje, że osoby w grupie doświadczyły długotrwałej przemocy fizycznej ze strony białoruskich służb.
Potem zaczęli nas wypychać w czteroosobowych grupach. Nasza sytuacja uległa pogorszeniu, bo zabrali nas do Brześcia na Białorusi i tam nas wypchnęli. Pokazaliśmy nasze ręce i że jesteśmy migrantami. Przewieźli nas i pobili. A po tym, jak nas pobili, […] zrobili nam mnóstwo niewyobrażalnych rzeczy o których trudno mówić.
Nasza sytuacja się pogorszyła, bo zabrali nas do Brześcia w Białorusi i tam nas wypchnęli. Pokazaliśmy im nasze ręce i [powiedzieliśmy,] że jesteśmy migrantami. Przewieźli nas i pobili. A po tym, jak nas pobili, […] zrobili nam mnóstwo niewyobrażalnych, rzeczy o których trudno mówić.
Tesfaye relacjonuje, że w ciągu ośmiu dni, które spędził w muharramie, został kilkukrotnie wypchnięty przez zaporę graniczną przez służby z obu stron. Białoruscy funkcjonariusze zniszczyli również telefony Tesfaye i jego towarzyszy.
Osiem dni byłem w muharramie. W końcu kiedy udało mi się wyjść, [funkcjonariusze] zabrali wszystkie nasze telefony i przejechali je samochodami. Położyli telefony na ziemi i przejechali je samochodami, zepsuli wszystkie nasze telefony.
Nie zabijają cię bezpośrednio – oczekują, że sam się zabijesz. Nie strzelają i nie zabijają – chcą, żebyś zabił się sam. Nie ma tam jedzenia ani wody. W całym tym bólu i cierpieniu nie ma nic do jedzenia, a jedynym wyjściem, jakie wtedy widzieliśmy, była śmierć.
Po kilku naprzemiennych wywózkach, białoruscy funkcjonariusze przewieźli Tesfaye i jego towarzyszy na placówkę, gdzie dali im chleb i wodę. Następnego dnia przetransportowali ich do linii granicznej z Litwą i zmusili do przekraczania rzeki.
Nasze telefony były zepsute i kiedy nas odesłali z powrotem, do Białorusi, na stronę białoruską, trafiliśmy w ręce białoruskich żołnierzy i oni nas zabrali. To był wojskowy samochód […]. Zawieźli nas do obozu, a w obozie dali nam chleb i wodę. A następnego dnia kazali nam przepłynąć rzekę między Litwą a Białorusią […].
Pod koniec wywiadu Tesfaye dodaje:
Chciałbym tylko dodać, z pełnym szacunkiem, że nawet jeśli bycie migrantem nie jest możliwe, nawet jeśli ubieganie się o ochronę międzynarodową nie jest możliwe, istnieje godny sposób postępowania w takiej sytuacji. Porównywanie człowieka do psa bardzo źle świadczy o kraju czy o kimkolwiek […]. To Europa i nie sądzę, że jest tu jakiś niedobór żywności lub wody. Pomimo tego głodzi się innych ludzi, to jest wręcz niewyobrażalne. Nawet jeśli bycie migrantem nie jest możliwe, ludzie powinni być traktowani z podstawowym szacunkiem i godnością.